Przysięga w obliczu Boga – Ewa Bem

Mężatką bez ślubu kościelnego byłam niedługo. Rozwiodłam się po dwóch latach. Wkrótce potem związałam się z moim aktualnym mężem. Byliśmy ze sobą przez 17 lat. Drugi mąż wychowywał moją córeczkę, jakby była naszą wspólną. Układało nam się wspaniale i po Bożemu, z wyjątkiem tego, że nie mogliśmy przyjmować sakramentu Komunii św. Zaczęło mnie to uwierać.

Na szczęście spotkałam cudownego kapłana, Mirosława Paciuszkiewicza, ówczesnego proboszcza parafii św. Andrzeja Boboli w Warszawie. Okazało się, że ksiądz ten z wielkim zaangażowaniem oraz znawstwem tematu zajmował się związkami niesakramentalnymi. Bardzo wiele par, niekiedy z 20- lub 30-letnim stażem, udało mu się doprowadzić do ołtarza. I my staliśmy się taką parą.

Po kilkunastu latach od chwili rozpoczęcia naszego związku złożyliśmy sobie przysięgę w kościele. Uroczystość była skromna, ale niezwykła. Przeżyliśmy ją z ogromnym wzruszeniem. Jedna z formuł, o którą ksiądz zawsze pyta podczas składania przysięgi małżeńskiej, dotyczy wychowania wspólnego potomstwa. Nie brałam jej sobie do serca, ponieważ miałam już wtedy 42 lata i szesnastoletnią córkę. Również ksiądz przy jej wypowiadaniu uśmiechnął się do mnie delikatnie. A Pan Bóg jednak zrozumiał to bardzo dosłownie i… chwała Mu za to, gdyż rok później urodziłam dziewczynkę. Gabrysia przypieczętowała nasz związek w obliczu Boga.

Miesięcznik Rodzin Katolickich „Nasza Arka”, Nr 11/2006