Powrót do Kościoła – Maryla Topczewska-Metelska

Do parafii św. Andrzeja Boboli w Warszawie należałam od blisko trzydziestu lat. Życie moje biegło meandrami. W owym czasie nie miałam dostępu do  sakramentu pokuty i Eucharystii, czułam się wykluczona ze społeczności katolickiej, przeżywałam okresy zwątpienia i zniechęcenia. Do kościoła chodziłam przy okazji większych uroczystości kościelnych lub rodzinnych. Dopiero od 1979 roku rozpoczął się mój stopniowy powrót do Kościoła, a to z pewnego ważnego wydarzenia w moim życiu.

Lata mijały. W parafii zbudowano nowy kościół, w czym i ja miałam swój skromny udział. Odczuwałam coraz większą potrzebę obecności w moim życiu Boga i wiary. Przed paru laty podczas Mszy świętej w nowym Sanktuarium usłyszałam, między innymi, wezwanie do modlitwy „za tych, co opiekują się chorymi”, czyli i za mnie − pomyślałam − bo akurat od dwóch lat opiekowałam się bardzo chorą matką i byłam u kresu wytrzymałości. Było mi jakoś lżej dźwigać swój krzyż. Przed trzema laty, kiedy mogłam już wyprostować swoje kręte ścieżki, bliżej zetknęłam się z parafią i ks. proboszczem Mirosławem Paciuszkiewiczem. Pamiętam, że ze swoim „cywilnym” mężem czekałam na rozmowę z księdzem w kancelarii parafialnej. Najpierw powitał nas miły uśmiech pani Jadwigi, która przemówiła do nas uprzejmie i serdecznie. Jakaś młoda para zapytała, czy mogłaby przed nami wejść do księdza na krótką rozmowę. Oczywiście zgodziliśmy się, a mąż skomentował to w ten sposób: „My też na krótko, bo ksiądz nas zaraz wyrzuci”.

Ale nie wyrzucił , okazał wielką dobroć i wyrozumienie, zadał sobie trud przywrócenia nas z powrotem Kościołowi.

Miałam  wielkie szczęście, że na swojej drodze życia spotkałam tego wspaniałego kapłana, ks. Mirosława Paciuszkiewicza SJ, dzięki któremu dokonało się we mnie głębokie przeobrażenie. Z chłodnej katoliczki stałam się osobą głęboko  wierzącą, utwierdziłam się w przekonaniu, że mimo wielu życiowych zakrętów    i porażek Bóg czuwa nade mną i pozwala zwycięsko wyjść z różnych prób, hartując charakter, a nawet ze złego wydobyć dobro.

Cieszyłam się bardzo, że po wielu latach mogłam znów przystępować do sakramentów, brać czynny udział w życiu Kościoła. Najważniejsze jednak było to, że nagle    jakby niebo się nade mną otwarło, minęły lata beznadziejnej pustki wewnętrznej. Zaczęłam   od nowa szukać drogi do Boga, co nie było łatwe. Wiele osób, mimo  poplątanych losów, zachowało głęboką wiarę i wierność Kościołowi, ja musiałam to wszystko budować od nowa. Sięgnęłam po książki o tematyce religijnej, zaczęłam pożyczać i kupować  wydawnictwa katolickie. Brakowało mi ciągle jakiejś pogłębionej wiary, prawdziwej modlitwy.

I z tym też zwróciłam się do księdza proboszcza. Wysłuchał i pomógł, podsuwając odpowiednia lekturę, udzielając rad i zachęcając do dalszych poszukiwań.

Odczuwałam potrzebę kontaktów z ludźmi, określenia swego miejsca w społeczności parafialnej, pogłębienia wiary − znalazłam to w katechezie dorosłych, w rozważaniach prowadzonych przez panią prof. Annę Świderkównę, podczas których wyciszałam się wewnętrznie, uspokajałam.

Parafia weszła w krwioobieg mego życia i pewno tak już pozostanie. Zdaje sobie sprawę, że jest cos niezwykłego w tym przyciąganiu ludzi do Sanktuarium św. Andrzeja Boboli, bo znam osoby z innych parafii, które tu przyjeżdżają na Msze święte i które mają szczególne nabożeństwo do naszego Patrona.