Duszpasterstwo par niesakramentalnych Ojca Mirosława Paciuszkiewicza  –  Jolanta Obrycka     

Przygoda z Ojcem Mirosławem Paciuszkiewiczem oraz duszpasterstwem osób żyjących w związkach niesakramentalnych zaczęła się dla nas 11 września 1987 roku. Tego dnia wraz z moim nieżyjącym już dziś  mężem, Markiem, przyszliśmy do kancelarii parafialnej przy ówczesnej Kaplicy św. Andrzeja Boboli z pytaniem: „Co Ojciec może z nami zrobić, bo mychcemy być w Kościele, ale nie wiemy jak”.

Od 17. lat byliśmy już wówczas małżeństwem niesakramentalnym i  zabrakło nam  odwagi, aby zbliżyć się do Kościoła. Nie mieliśmy swojej kartoteki w kancelarii parafialnej, żaden ksiądz nie odwiedzał nas z wizytą duszpasterską, czuliśmy się odsunięci, poza nawiasem społeczności katolickiej. Ważną zachętą była dla nas encyklika Jana Pawła II „Familiaris consortio” i słowa skierowane do ludzi takich jak my: „Wy też jesteściew Kościele”, jednak dopiero artykuł o. Romana Dudaka o wspólnocie osób żyjących w związkach niesakramentalnych, zamieszczony w piśmie „Powściągliwość i praca”, dodał nam odwagi, żeby spotkać  się z proboszczem.

Po Mszy świętej poszliśmy do nowego proboszcza naszej parafii, do Ojca Mirosława Paciuszkiewicza, który zrobił na nas bardzo dobre wrażenie. Pokazaliśmy mu artykuł w gazecie.  Ojciec Mirosław zapamiętał to, co wtedy mówiliśmy, i przytoczył nasze słowa w książce: Tęsknota i głód: „Wtedy [z encykliki Jana Pawła II] dowiedzieliśmy się także, że w naszej sytuacji pod pewnymi warunkami można przystępować do sakramentów świętych. Odezwał się głód Eucharystii i zapadła w nas decyzja. Wydawało się, że siostrzano-braterski styl życia, na który zdecydowaliśmy się, nie będzie łatwy. Mieliśmy wtedy po czterdzieści lat. A tymczasem to, co otrzymujemy, jestnieporównanie większe i wspanialsze”. Ojciec Mirosław się rozpromienił i powiedział, że ogromnie się cieszy z naszego przyjścia i dodał: „Zrobimy to duszpasterstwo”.

Wyszliśmy od niego jakby na skrzydłach i właściwie chciało nam się śmiać,  nie spodziewaliśmy się takiej reakcji, nie przeczuwaliśmy, że coś takiego jest możliwe. Od tej pory Ojciec Mirosław co roku odwiedzał nas  11 września, by razem z nami świętować dzień powstania duszpasterstwa osób żyjących w związkach niesakramentalnych.

Wkrótce Ojciec ogłosił w kościele, że zaprasza osoby, które żyją w takich związkach, do powstającego właśnie duszpasterstwa. W ciągu miesiąca zgłosiły się 23 osoby. W listopadzie Ojciec zaprosił nas wszystkich na wspólny wyjazd, na taki dzień skupienia do Podkowy Leśnej.  W Podkowie Leśnej zebraliśmy się razem, usiedliśmy w kręgu i Ojciec zaczął  słuchać naszych świadectw. Był otwarty na to, co ludzie chcą powiedzieć. Nie znaliśmy się  wcześniej. Wszyscy po  kolei  mówili, że czują się wyklęci, odsunięci, zepchnięci na bok, że płaczą, gdy ich dzieci przystępują do komunii, a oni sami nie mogą skorzystać z tego sakramentu. Ojciec był tym bardzo poruszony, zaskoczony. A na koniec, jak na pożegnanie gromko zaśpiewaliśmy Matko najświętsza, do serca Twego…− to Ojciec był już „nasz”.

Na następnym spotkaniu opłatkowym zwróciliśmy się do Ojca, aby powierzył nam jakieś zadanie, bo chcemy się włączyć w pracę wspólnoty parafialnej. Zgłaszano  różne propozycje, wśród nich włączenie się w duszpasterstwo więźniów.  W końcu jednak stanęło na tym, że będziemy  pomagać starszym, samotnym osobom. Pójdziemy do nich, przygotujemy dania świąteczne, będziemy razem z nimi świętować. Ojciec zwrócił się do przewodniczącej grupy charytatywnej, która dała nam adresy kilku  starszych pań. Nawiązaliśmy z nimi kontakt i dopóki te panie żyły, to  na Boże Narodzenie i na Wielkanoc piekliśmy ciasta i odwiedzaliśmy ich domy, aby spędzić wspólnie z nimi czas. Staruszki bardzo się cieszyły, bardzo się z nami zaprzyjaźniły. A my tak bardzo chcieliśmy robić coś dobrego!

Cieszyliśmy się, że znów  znaleźliśmy się w Kościele i że tworzymy  grupę. Spotykaliśmy się zawsze  w trzeci czwartek miesiąca o godzinie 18-ej.  Ojciec tak to wymyślił, że gdyby „ktoś się zabłąkał w cywilizacji”, to żeby wiedział, kiedy i gdzie może nas  znaleźć. Czasem ktoś przez dwa lata nie mógł do nas przychodzić, a potem się zjawiał  i nie było problemu. Na spotkania opłatkowe wszyscy przynosiliśmy torby z ciastkami i  smakołykami, by razem świętować ten dzień.

Najpierw modliliśmy się podczas Mszy świętej, a później Ojciec omawiał wybrany przez siebie  temat, na przykład taki jak sakramenty,   potem ludzie opowiadali o swoich problemach. Ojciec nikomu nie przerywał, zawsze każdego uważnie wysłuchiwał. Wprowadził zasadę, że każdy mówi  tylko w swoim imieniu, nikt nie komentuje wypowiedzi innych. Ojciec  pochylał się nad każdym, najbardziej nawet błahym tematem. Tę zasadę stosował także podczas obrad Rady Parafialnej, do której należeliśmy z Markiem. Ojciec zapisywał wszystko, co zostało powiedziane na danym spotkaniu  i na kolejnym  ustosunkowywał się z największym szacunkiem do tego, co było ostatnio poruszane.

Na początku duszpasterstwa ustaliliśmy wspólnie, że warto dotrzeć do osób znajdujących się w podobnej sytuacji do naszej. Siedliśmy przy kartotece parafialnej, wypisaliśmy nazwiska i adresy, a potem wysłaliśmy listy do ponad siedmiuset par  z prośbą o podanie powodu, dla którego nie zawarły związku sakramentalnego, i poprosiliśmy o odpowiedź na trzy pytania dotyczące ich stosunku do Kościoła. Na początku otrzymaliśmy kilka nieprzyjemnych listów w rodzaju: „Co to was obchodzi, to nie wasza sprawa”. Potem jednak nadeszły piękne listy i Ojciec stwierdził, że je opublikuje − w ten sposób powstała książka Tęsknota i głód.

Ojciec Mirosław zapoczątkował coroczne rekolekcje dla osób żyjących w związkach niesakramentalnych − odbywały się  zawsze w pierwszym tygodniu po Środzie Popielcowej. Wtedy z ambony w Sanktuarium przy ul. Rakowieckiej słyszeliśmy piękne słowa o Panu Bogu, o Jego miłości, o tym, jak należy  żyć i jak kochać. Warto tu wspomnieć o ogromnej delikatności i wrażliwości Ojca Mirosława – podczas naszych rekolekcji światła w kościele były wygaszane, oświetlano  tylko prezbiterium, byśmy mogli ukryć nasze wzruszenie, łzy, które nam często towarzyszyły… Z czasem te rekolekcje prowadzili różni księża, zawsze starannie dobrani,  świadomi tego, że i nam jest potrzebne zrozumienie i wsparcie oraz poczucie przynależności do Kościoła. Do dziś pamiętam homilie o. Jana Pałygi, o. Artura Filipowicza, o. Lesława Ptaka czy o. Krzysztofa Świętonia. Ojciec Mirosław towarzyszył nam podczas rekolekcji jako gospodarz tych spotkań. Po rekolekcjach wychodził do wiernych z kalendarzem w ręku i umawiał się z chętnymi na rozmowy indywidualne, które odbywały się w rozmównicach Domu Zakonnego. Teksty  prowadzonych przez Ojca rekolekcji były następnie drukowane i rozsyłane do zaprzyjaźnionych parafii,  którym Ojciec  wcześniej zaszczepił ideę duszpasterstwa par niesakramentalnych. Zostały też wydrukowane w jednej z książek Ojca Mirosława.

Po jakimś czasie,  nie nastąpiło to jednak tak od razu, tylko po paru latach, Ojciec zaproponował, żebyśmy gdzieś razem wyjechali, niejako przedłużając zwyczaj spotykania się po Mszy świętej. Byliśmy zachwyceni samym pomysłem, a Ojciec potrafił go jeszcze upiększyć. Mówił: „Nie przywoźcie nic ze sobą,  przygotujecie  coś na miejscu. Ja tak strasznie lubię patrzeć, jak wy szykujecie  kanapki”. Sam zresztą przynosił to, co mu w kuchni zakonnej dawano − jego kanapki także dokładaliśmy do naszych.  Ojciec jeszcze zaznaczał, żeby przygotować tych kanapek nawet trochę więcej, aby móc przekazać je innym potrzebującym. I faktycznie, powstawało dodatkowo „12 koszy ułomków”. Półmiski cudownych kanapek − wtedy jeszcze nie było tak bardzo z czego ich robić ani czym przystroić, ale zawsze  jakoś się udawało. Miały być − i były piękne.

Od tej pory dwa razy do roku jeździliśmy na dni skupienia – w maju i w październiku.  Poznaliśmy smak wyjazdowych rekolekcji skierowanych tylko do nas, gdzie  nie było „biczowania” z ambony − do czego  wcześniej nas przyzwyczajono − tylko nieustanny zachwyt Panem Bogiem. Ojciec Mirosław pierwszy spostrzegł w nas nie tyle ludzi żyjących w grzechu, co tych, którym się nie udał poprzedni związek, ale za wszelką cenę pragnacych stworzyć rodzinę. Dobrze było mieć Ojca tylko dla siebie. Najbardziej kochaliśmy Laski, ale wiosną nie mogliśmy tam jechać ze względu na obfitość kąśliwych komarów. Na każdy dzień skupienia Ojciec przygotowywał jakiś ciekawy temat. Na początek była wspólna modlitwa, potem  omawialiśmy przygotowany wcześniej temat, następnie mieliśmy czas na spacery w plenerze, można  było  poprosić Ojca o spowiedź. To było cudowne przeżycie − tak chodzić po lesie i się spowiadać. A swoją drogą, to my z Markiem z początku nie zawracaliśmy Ojcu głowy spowiedzią, bo mieliśmy własnego spowiednika, księdza Stanisława Choinkę z kościoła   Św. Marcina. Dopiero po jego wyjeździe zwróciliśmy się z prośbą o spowiedź do Ojca Mirosława, który był codziennie w konfesjonale od wpół do siódmej, przed wieczorną Mszą świętą. Marek podchodził  do konfesjonału i czekał, aż Ojciec zwróci się do niego: „No chodź, chodź, grzeszniku”.

Tyle dygresji. Wróćmy do naszych wyjazdów. Po południu uczestniczyliśmy we Mszy Świętej, naszej własnej. Ci, którzy już „dojrzeli”  do przyjmowania Komunii świętej, przyjmowali ją pod dwiema postaciami. Pozostali tylko patrzyli i serce ściskało się im z żalu. A potem już wszyscy „dojrzeli” do tego momentu − nie było wśród nas ludzi młodych.

Z reguły pierwsze spotkanie nowych osób z Ojcem nie odbywało się na klęczkach, w konfesjonale. Ojciec zapraszał je  na spotkanie do rozmównicy, gdzie wysłuchiwał spowiedzi z całego życia. Człowiek wychodził stamtąd zupełnie nieprzytomny i stwierdzał: „Byłem w niebie”. To jest chyba największa nagroda dla duszpasterza. A ludzie miękli całkowicie. Ojciec każdy grzech jakoś potrafił wytłumaczyć, że przecież jednak coś dobrego z tego wyszło, że nie jesteś takim straszliwym grzesznikiem. Poza tym  bardzo kochał rodziny, był asystentem kościelnym w Przymierzu Rodzin i wiedział, że my wszyscy narażamy się na różne nieprzyjemności, wręcz wykluczenie, bo za wszelką cenę chcemy stworzyć rodzinę. Nam się po prostu to nie udało − ludzie czasem tak do siebie nie pasują, że nie mogą żyć razem.

Później Ojciec chciał jeszcze przygarnąć rozwiedzionych samotnych, ale to nie był całkiem  udany pomysł, nie bardzo  można było nas łączyć, bo gdy taka osoba samotna, pokiereszowana przez życie dołączyła do towarzystwa takich, którzy byli razem, to wiadomo, że  źle się czuła.

Nasza grupa istnieje nadal, choć Ojciec Mirosław zmarł przed pięcioma laty, i zmarło też wielu naszych bliskich. Żartujemy, że w naszej grupie są „prastarzy” – to ci, co spotykają się od 28. lat − są „średniaki” i „pierwszaki”. Z początkowych dziesięciu par zostało tylko pięć. Zawiązały się między nami trwałe przyjaźnie.  Naszym duszpasterzem jest teraz Ojciec Waldemar Aramowicz SJ, który bardzo ciekawie prowadzi te spotkania. Zawsze na początku wręcza nam tekst czytania z dnia bieżącego, który wspólnie omawiamy. Mamy dziesięć minut na „przetrawienie” tego tekstu i podzielenie się informacją, które słowa są adresowane właśnie do mnie, z którymi się identyfikuję, co do mnie przemawia. Wypowiada się, oczywiście, tylko ten,  kto ma na to ochotę. Potem rozmawiamy o różnych ważnych sprawach, dzielimy się swoimi przemyśleniami – jak na przykład na temat gościnności i uchodźców. A dni skupienia, z inicjatywy o. Waldemara, odbywają się teraz w Duszpasterstwie Akademickim przy ulicy Rakowieckiej, u św. Andrzeja Boboli. Jesteśmy coraz starsi, trudniej wyjeżdżać gdzieś poza Warszawę. Zasady pozostały takie same: jest kaplica, w której mamy własną Mszę świętą, jest rozważanie duszpasterza, są rozmowy, jest kuchnia, jest stół. Jest wszystko to, co ważne.