ROZMOWA Z OJCEM MIROSŁAWEM PACIUSZKIEWICZEM SJ

Danuta Julia Cisek

Cieszymy się, że przy okazji wydania tomiku Gawędnik z odrobiną humoru – udało się namówić do udzielenia wywiadu naszego wieloletniego proboszcza, byłego Kustosza Sanktuarium św. Andrzeja Boboli, twórcy duszpasterstwa osób żyjących w związkach niesakramentalnych, współtwórcy i moderatora Stowarzyszenia Przymierza Rodzin, autora książek, spowiednika i przyjaciela wielu parafian.

Proszę nam opowiedzieć o dzieciństwie i swojej drodze do kapłaństwa?

Zaczęło się od tego, że moja Mama uczestniczyła w przyjęciu weselnym swojej koleżanki (później została moją matką chrzestną).  Na tym przyjęciu był również obecny ksiądz, który opowiedział w gronie młodych dziewcząt o tym, jak jego matka modliła się o powołanie kapłańskie dla jeszcze nie narodzonego syna. W ten wieczór moja Mama poszła w jej ślady – prosiła Boga, żeby mogła wyjść za mąż, miała syna i żeby ten syn został kapłanem. I tak się stało.

Urodziłem się 8 sierpnia 1931 roku w Kłódce koło Grudziądza, tuż  nad rzeką Osą, prawym dopływie Wisły. Gdy miałem zaledwie kilka miesięcy, rodzice przeprowadzili się do dawnego województwa warszawskiego, do Rościszewa koło Sierpca. Jako sześciolatek rozpocząłem naukę w szkole. Przed wojną skończyłem dwie klasy szkoły podstawowej.

Wcześnie też rozpoczęło się moje wtajemniczenie chrześcijańskie. Mając niespełna sześć lat zostałem ministrantem. Przystąpiłem do pierwszej spowiedzi i Komunii Świętej. A ponieważ w sierpniu 1937 roku przypadała wizytacja biskupia, ksiądz dopuścił mnie do bierzmowania, które otrzymałem w wieku sześciu lat i dziesięciu dni. Tego sakramentu udzielił mi błogosławiony biskup Leon Wetmański, biskup pomocniczy arcybiskupa Antoniego Juliana Nowowiejskiego. Obaj zostali zamęczeni w Działdowie w 1941 roku, obaj też zostali beatyfikowani przez Jana Pawła II w dniu 13 czerwca 1999 roku na Placu Zwycięstwa w Warszawie.

Dzieciństwo spędziłem w Rościszewie. Miałem o tyle dobrą sytuację, że podczas wojny mogłem się uczyć. W sąsiedztwie mieszkał kierownik miejscowej szkoły. Najpierw on mnie uczył, a potem siostra księdza proboszcza, przedwojenna nauczycielka jednej ze szkół średnich w Płocku. Mieszkała ze swoim bratem na plebanii, gdzie byłem traktowany niemal jak domownik. Razem z siostrzeńcem ks. proboszcza przerabialiśmy program szkolny.

Przeżyłem w czasie okupacji dwa szczególnie bolesne doświadczenia. Jednym z nich była śmierć na szubienicy czternastu osób, które aresztowano w pamiętnym dniu 5 maja 1942 roku, kiedy to Niemcy aresztowali również mojego Ojca. Ojciec przebywał najpierw w więzieniu w Płocku, potem w Działdowie, a następnie w Mauthausen-Gusen. Być może przeżył dlatego, że co tydzień posyłaliśmy mu paczki żywnościowe. Niedługo potem aresztowano mojego kochanego proboszcza, ks. Józefa Dzierżanowskiego, którego zamordowano w Dachau w lipcu 1943 roku.

Dzięki temu, że mogłem się uczyć w czasie okupacji, w lutym 1945 roku zostałem uczniem drugiej klasy gimnazjalnej w Sierpcu. W 1947 roku uzyskałem małą maturę. Na początku wakacji tego roku zdałem egzamin do pierwszej klasy licealnej Prywatnego Liceum św. Stanisława Kostki w Płocku o profilu klasycznym. W 1949 roku zdałem maturę i wstąpiłem do Wyższego Seminarium Duchownego.

Ukończył Ojciec teologię, ale również jest doktorem polonistyki. Jak wyglądały studia?

Wspomniała Pani, że skończyłem teologię i że jestem także doktorem polonistyki. Nie jestem doktorem polonistyki. Po skończeniu seminarium, jeszcze jako diakon, rozpocząłem studia polonistyczne na KUL-u. W 1957 uzyskałem absolutorium, a w niespełna rok później magisterium. Doktorem teologii zostałem w Akademii Teologii Katolickiej przed wakacjami 1973 roku. Kończyłem wtedy nowicjat u jezuitów w Kaliszu.

Najpierw był Ojciec duszpasterzem w Płocku. Wiele anegdot przytoczonych w „Gawędniku” pochodzi z tego okresu. Czy to był jakiś szczególny okres w życiu Ojca?

Przed wstąpieniem do Towarzystwa Jezusowego jedenaście lat spędziłem w Płocku. W latach 1960-1963 byłem wychowawcą w Niższym Seminarium Duchownym. W Seminarium Wyższym prowadziłem wykłady, a właściwie ćwiczenia z literatury katolickiej na pierwszym roku, a ze starszymi alumnami  wykłady i ćwiczenia z homiletyki.

We wrześniu 1971 roku wstąpiłem do Towarzystwa Jezusowego. Z błogosławieństwem przełożonych mogłem w nowicjacie napisać pracę doktorską i ją obronić. W sierpniu 1973 roku skierowano mnie do Lublina, gdzie spędziłem kolejne siedem lat, najpierw jako duszpasterz pomocniczy, a potem jako główny duszpasterz, przełożony placówki KUL-u.

Po siedmiu latach przełożeni wysłali mnie, w latach 1980-1981, do Włoch na roczną tak zwaną trzecią probację, która jest ostatnim etapem formacji jezuickiej. Odbyłem także trzytygodniową praktykę duszpasterską w polskiej parafii w Londynie.

Przede wszystkim jednak przez wiele lat pełniłem funkcję rektora kościoła św. Jana Chrzciciela w Płocku. Właściwie byłem proboszczem, temu bowiem  kościołowi przydzielono pewien teren – władze państwowe nie chciały zgodzić się na powstanie nowej parafii. W latach mojego posługiwania jako rektor, a właściwie proboszcz, organizowałem duszpasterstwo akademickie w Płocku i w diecezji. Organizowałem także duszpasterstwo pracowników Petrochemii, co było źle postrzegane przez władze państwowe. Niewątpliwie to był szczególny okres mojego życia.

Później był okres pracy akademickiej w kościele św. Anny w Warszawie. Wiem, że praca z młodymi ludźmi dawała Ojcu wiele satysfakcji. Jak Ojciec  ocenia młodzież i jej zaangażowanie w sprawy wiary i praktykę katolicką?

Potrzebne jest sprostowanie. Mówi Pani o okresie mojej pracy akademickiej w kościele św. Anny w Warszawie. To nie był jeden okres, ale kilka moich zastępstw w czasie wakacji, w drugiej połowie lat pięćdziesiątych. O spotkanych wtedy młodych ludziach zachowałem jak najlepsze wspomnienia. Relacje z tamtych spotkań można znaleźć w mojej ostatniej książce, zatytułowanej Gawędnik z odrobiną humoru.

Był Ojciec przez dziewięć lat proboszczem w Sanktuarium św. Andrzeja Boboli. Parafianie wspominają Ojca jako niezwykle czynnego i opiekuńczego duszpasterza. A jak to wyglądało z drugiej strony?

Wdzięczny jestem tym ludziom, którzy mnie dobrze wspominają. Pamiętam jednak dewizę mojego mądrego wychowawcy. On nam mówił, że zwykle są trzy grupy ludzi: tacy, do których trafiamy, do których nie trafiamy i obojętni. Jeżeli się o tym pamięta, można sobie zaoszczędzić wielu rozczarowań.

Pełnił Ojciec funkcję moderatora Przymierza Rodzin Archidiecezji Warszawskiej. Prosimy powiedzieć nam o tym Stowarzyszeniu i o swoich doświadczeniach.

Rzeczywiście pełniłem funkcję moderatora Stowarzyszenia Przymierza Rodzin, i to nie tylko w Archidiecezji Warszawskiej. Istnieją bowiem ośrodki Przymierza w diecezji łowickiej i warszawsko-praskiej. Idea Przymierza dotarła także na Wybrzeże, do Gdańska i Pruszcza. U początków Przymierza była grupa młodzieżowa w Klubie Inteligencji Katolickiej. Panie Iza Dzieduszycka, Janina Słomińska, Zula Wielowiejska i pan Adam Pietrzak doszli do wniosku, że troskę o dzieci i młodzież powinno się związać z parafiami. I tak się to zaczęło. Powstały grupy dzieci i młodzieży, które wyjeżdżały na obozy letnie i zimowe. Poza tym młodzi oraz ich rodzice spotykali się w parafiach. W wolnej Polsce zmieniają się zadania, które realizuje Przymierze, Stowarzyszenie podjęło trud budowy szkoły na Ursynowie. W tym samym budynku funkcjonuje już szkoła wyższa z takimi wydziałami jak: Geografia, Filologia Polska, Turystyka i Rekreacja, Informatyka, Socjologia, Pedagogika, Historia.

Ponadto Przymierze patronuje kilku innym szkołom w Warszawie i okolicy. W Rawie Mazowieckiej i w Kutnie istnieją świetlice, które gromadzą dzieci. I pewnie ta inicjatywa jest szczególnie bliska patronowi Przymierza, błogosławionemu Edmundowi Bojanowskiemu.

Z Przymierzem jako asystent kościelny byłem związany niemal od początku jego istnienia – od jesieni 1986 roku do końca kwietnia 2009 roku. Miałem i w dalszym ciągu mam wyrzuty sumienia, że za mały był mój wkład w tę piękną i pożyteczną działalność. Ale przecież miałem jeszcze inne obowiązki.

Jestem mile zaskoczony pozytywną opinią o mojej posłudze w Przymierzu, którą to opinię, wraz z serdecznymi słowami podziękowania  otrzymałem zarówno od Zarządu Przymierza, jak i od ks. arcybiskupa Kazimierza Nycza. W styczniu 2010 roku – przy okazji uroczystości opłatkowej – mam otrzymać tytuł honorowego członka Stowarzyszenia. A oto słowa ks. arcybiskupa:

„Korzystam z okazji i dziękuję Drogiemu Ojcu za dwadzieścia trzy lata bardzo owocnej posługi jako moderator Stowarzyszenia Przymierze Rodzin. Wymowna jest opinia władz Stowarzyszenia: „Ojciec Mirosław Paciuszkiewicz wiele dobra uczynił dla Przymierza Rodzin, za co cieszy się wielkim szacunkiem i uznaniem.” Podzielam tę opinię. Jako pasterz Archidiecezji Warszawskiej serdecznie dziękuję Drogiemu Ojcu za całokształt pracy duszpasterskiej w Kościele warszawskim. Gorliwość Ojca znana jest duchowieństwu i wiernym nie tylko w Warszawie, mogę więc z całą serdecznością powiedzieć: „Bóg zapłać”.

Na dalsze trudy na niwie Bożej z serca błogosławię.”

Z zadowoleniem i wdzięcznością przyjmuję tę opinię. Obym do niej dorastał.

I jeszcze jedno niezwykłe zaangażowanie Ojca, duszpasterstwo osób żyjących w separacji i w związkach niesakramentalnych. Domyślam się, że to praca w Przymierzu Rodzin sprowokowała do zajęcia się tą tematyką. Wydał Ojciec kilka książek na ten temat i udzielił porad zagubionym. Nie wszyscy jednak mają możliwość spotkania Ojca. Jak wygląda pomoc w tym zakresie w Polsce?

Najchętniej odesłałbym Czytelników do wspomnianych książek. Niestety, już nie są do zdobycia. Nakłady zostały wyczerpane. Przyznam, że nie kojarzyłem Przymierza Rodzin z duszpasterstwem osób żyjących w związkach niesakramentalnych. Ludzie spoza Przymierza zainspirowali mnie do zainteresowania się losem tych osób, ale głównym motorem działania była Adhortacja Apostolska Ojca Świętego Jana Pawła II „Familiaris Consortio”, poświęcona rodzinie i w dużym stopniu osobom żyjącym w związkach niesakramentalnych.

We wrześniu 1986 roku, w ciągu jednego tygodnia, zgłosiły się do kancelarii parafialnej trzy pary. Był to wyraźny sygnał: „Jesteśmy”. Doszedłem do wniosku, że nie powinienem przejść obojętnie wobec losu tych ludzi. Zaprosiłem ich na dzień skupienia w Podkowie Leśnej. Przyjechało jedenaście par, które wyraziły gotowość spotykania się co miesiąc w domu parafialnym. Wysłaliśmy listy do 750 par z prośbą o odpowiedź na trzy pytania. Otrzymaliśmy ponad sześćdziesiąt odpowiedzi, które wspólnie przestudiowaliśmy. Czytaliśmy również artykuły z prasy. Wydaliśmy książkę Tęsknota i głód w nakładzie piętnastu tysięcy egzemplarzy, pierwszą w Polsce w całości poświęconą trudnemu problemowi par niesakramentalnych. Później w ośrodku ukazało się jeszcze kilka książek na ten temat. Rokrocznie – na początku Wielkiego Postu – organizowaliśmy odrębne rekolekcje, po których dziesiątki osób zgłaszały się na rozmowy ze mną. Powstała instytucja rozmów. W kilku uczelniach w Polsce studenci piszą na ten temat prace magisterskie i doktorskie. Wielu ludzi z kręgu tych niesakramentalnych spełnia warunki i przystępuje do sakramentów świętych. Za przykładem naszej parafii powstało już wiele podobnych ośrodków, i to nie tylko w Polsce.

„Gawędnik” jest książeczką niezwykle pogodną. Tak jak sugeruje tytuł, zawiera nieco humoru i radosnego podejścia do sytuacji życiowych. Czy właśnie takie postawy powinniśmy zachowywać w naszej pamięci?

Nie wiem, jaką postawę mamy zachowywać w pamięci, ale życzę, żeby wspomniana książeczka przyczyniła się w jakiejś mierze do radosnego miłowania Boga i ludzi.