Pasje sportowe mojego brata, Mirosława – Andrzej Paciuszkiewicz

Mój brat Mirosław od najmłodszych lat bardzo interesował się sportem i czynnie uprawiał kilka nawet bardzo niebezpiecznych dyscyplin.

We wspomnieniach rodzinnych zachowały się jego skoki wzwyż, które omal nie zakończyły się tragicznie. W  drzwiach budynku gospodarczego brat rozwiesił sznurek służący do skakania. Jeden ze skoków okazał się rekordowy i zakończył się uderzeniem głowy w futrynę drzwi i wielkim guzem.

Mirosław wraz z kolegami ze szkoły rozciągał siatkę nad wjazdem do posesji rodziców w Rościszewie. Tam odbywały się pierwsze treningi w piłce siatkowej. Uprawiał  też inne dyscypliny sportowe nie wymagające odpowiedniej infrastruktury, jak skoki w dal, rzut kulą itp.

W dorosłym już życiu, jako duszpasterz akademicki, uczestniczył w rajdach rowerowych wraz z księdzem Tadeuszem Rutowskim z Płocka i z proboszczem  Parafii w Soczewce k/Płocka, księdzem Kondrackim. Pierwsza wyprawa prowadziła z Płocka na południe Polski − do Jasła, Krosna, Miejsca Piastowego, Rzeszowa, a potem była  wspólna jazda po Mazowszu. Druga wyprawa prowadziła na północ – do Świętej Lipki,  Ostródy, stamtąd do Tolkmicka, potem do Krynicy Morskiej i z powrotem do Płocka.

Mój brat brał  udział w spływie  po Jeziorach Mazurskich od Nidy po Bełdan i dalej jeszcze.

Jednak największą jego pasją sportową  była siatkówka i chodzenie po  górach. Swoje wyczyny sportowe opisał między innymi w opowiadaniach „Sześciodniówki”i „Z Wołoszynem na Wołoszynie”.

Z grupami z Przymierza Rodzin uczestniczył w wyprawach górskich w Sudety, Tatry Zachodnie i Tatry Wysokie, gdzie przeszedł całą Orlą Perć, z Wołoszynem włącznie, z zejściem do Doliny Waksmundzkiej.

Z grupą od Świętej Anny „Warszawskiej” przeszedł grzbietami Karkonoszy i szlakiem Zamków Piastowskich. W swoich ukochanych Bieszczadach dotarł niemal na wszystkie szczyty. Na Rozsypańcu czy Haliczu, w siedemdziesiątą rocznicę urodzin, zakończył swoją przygodę z wędrowaniem po górach, ukochanych Bieszczadach.

Pamiętam nasze wspólne wakacje, było to chyba w 1990 roku. Mirosław zaproponował mnie, rodzonemu bratu, dwutygodniowy pobyt w Zakopanem. Jak przystało na jezuitę, zamieszkał w klasztorze Jezuitów na „Górce”, w którym zatrzymywał się zawsze przed wyprawami w Tatry Wysokie. Ja nocowałem w jednym z pokoi gościnnych, także w budynku klasztornym. Z „Górki” można było podziwiać widoki na Gubałówkę i na Giewont.

Już początek pobytu w Zakopanem okazał się pechowy. W drodze z dworca kolejowego na „Górkę” w mojej wypchanej  torbie podróżnej popsuł się suwak, co bardzo utrudniło dźwiganie bagażu. Nie byliśmy na to przygotowani. Nie  mieliśmy zapasowych toreb. Na wyjazd  zabrałem buty nadające się do „deptania” Krupówek i na spacery w dolinach.

Zwiedzanie Zakopanego rozpoczęliśmy od wjazdu kolejką na Gubałówkę, a w następnym dniu pojechaliśmy kolejką linową na Kasprowy Wierch. W kolejnych  dniach  Mirosław zaproponował wyprawę na Halę Stoły leżącą nad Doliną Kościeliską. Hala Stoły położona jest na wysokości 1340 m n.p.m  Dojście do niej wymagało dużego wysiłku i obuwia dostosowanego do  górskich wędrówek. Cały obszar Hali wynosi 36,5 ha, w tym pastwiska 6,5 ha. Na wapiennych  skałach znajdują się skupiska roślin alpejskich i ciekawe okazy wysokogórskiej flory i fauny, warto więc spróbować wspinaczki. W sklepach Zakopanego próbowaliśmy zakupić obuwie nadające się do wspinaczek wysokogórskich. Nie było jednak wyboru. W jednym ze sklepów znaleźliśmy obuwie sportowe z miękkiej czarnej skóry, ale  co najmniej o jeden numer za małe. Były bardzo wygodne,  cisnęły  jednak duży palec lewej nogi. Mimo to zdecydowaliśmy się je kupić. Na Halę Stoły dotarliśmy z obolałymi nogami, ale rozciągające się stamtąd widoki, orle gniazda i spotkane po drodze zwierzęta częściowo rekompensowały ból. Do dziś trudy tej wyprawy przypomina mi duży palec u nogi, który, po zejściu  paznokcia, do dziś pozostaje niedokrwiony.

Mój brat był także kibicem sportowym i gdy tylko mógł, kibicował polskim zespołom.