7 NIEDZIELA WIELKANOCNA

Dz 1,12-14 * 1 P 4,13-16 * J 17,1-11a

W dzisiejszej liturgii słowa dominują dwa tematy: modlitwa i cierpienie. Fragment modlitwy, zwanej arcykapłańską, wypowiedział Chrystus w przeddzień straszliwej kaźni, ale mógł także wypowiedzieć w dniu Wniebowstąpienia, gdy po raz ostatni ukazał się swojej Matce, Apostołom oraz gromadce innych niewiast i mężczyzn. Mógł im oznajmić: „Już nie jestem na świecie, ale oni są jeszcze na świecie, a Ja idę do Ciebie” (J 17,11a).

Chrystus poszedł do Ojca. Uczestnikom ostatniego spotkania z Nim polecił oczekiwać na przyjście Ducha Świętego. Oni z Góry Oliwnej wrócili do Jerozolimy. Zajęli  miejsca w sali, w górnej części domu, zapewne w dzisiejszym Wieczerniku na Syjonie, ale – być może – w domu Marii, matki Jana Marka, który przez pewien czas towarzyszył Pawłowi podczas jego pierwszej podróży misyjnej. Relacja zawarta w pierwszym dzisiejszym czytaniu wskazuje na to, że „wszyscy oni trwali jednomyślnie na modlitwie” (Dz 1,14). Zebrało się tam około stu dwudziestu osób. Dziś o tym nie słyszeliśmy, ale wiadomo, że podczas tych pierwszych rekolekcji po Wniebowstąpieniu Jezusa Chrystusa dokonali wyboru Apostoła, który miał zastąpić Judasza. Modlili się o właściwy wybór.

Dzisiaj otrzymujemy przykład modlitwy Jezusa i modlitwy pierwszych chrześcijan. W obu przypadkach jest to modlitwa prosząca, błagalna. Podobnie jak „Ojcze nasz”, które nam przekazał Chrystus jako wzór modlitwy.

A przecież różni teologowie i praktycy próbują nas przekonać, ze modlitwa błagalna jest wyrazem naszego egoizmu. Chcą w nas utrwalić mniemanie, że wcześniej czy później powinniśmy przezwyciężyć tę niską formę modlitwy i wznieść się na wyżyny kontemplacji, miłości, adoracji.

Przed niespełna miesiącem przeżyłem swoje ośmiodniowe rekolekcje. Pomagał mi w nich Anthony de Mello, zmarły niespełna dziewięć lat temu jezuita. To właśnie on zwrócił moją uwagę na swoiste sprzysiężenie przeciw modlitwie proszącej. I zdecydowanie mi uświadomił następującą rzecz: „Modlitwa błagalna jest jedyną formą modlitwy, jakiej Jezus uczył swoich uczniów. Jest to praktycznie jedyna forma modlitwy, której wyraźnie uczy cała Biblia”. Nieco dalej autor książki „Kontakt z Bogiem” twierdzi, ze można by znaleźć w Piśmie Świętym wiele przykładów „tego wielkiego misterium, w którym Bóg z upodobaniem patrzy, jak modlitwa Jego przyjaciół zmienia Jego zamiary”. Przypomnijmy choćby prośbę Matki Jezusa podczas uczty weselnej w Kanie Galilejskiej.

Przedziwne świadectwa znajdujemy w Biblii, a w dziejach chrześcijaństwa można by wskazać na ludzi modlitwy, którzy Bogu samemu potrafili powiedzieć: nie ustąpię. I otrzymywali dobra, o które tak wytrwale prosili. Tyle dziś o modlitwie.

Wypada jeszcze – razem ze św. Piotrem – podjąć drugi ważny temat dzisiejszej Liturgii Słowa. Wiele do myślenia daje rozróżnienie cierpienia „z powodu imienia Chrystusa” i cierpienia zabójcy, złodzieja, złoczyńcy albo nieuczciwego nadzorcy obcych dóbr. Otrzymujemy przestrogę: „Nikt jednak z was niech nie cierpi jako zabójca albo złodziej, albo złoczyńca…” (1 P 4,15).

Chrześcijanin powinien oczywiście unikać jak ognia zabójstwa, kradzieży i wszelkiego zła. Jeśli jednak zdarzy mu się któryś z tych grzechów i pociągnie za sobą cierpienie, nie powinien złorzeczyć, gdyż wtedy jego cierpienie będzie bezsensowne i zapewne przez to podwójnie bolesne. A poza tym upokarzające jako przestępstwa.

W tym momencie dotykamy zasadniczego problemu – związku cierpienia z grzechem. Można oczywiście spłycić problem, jak to się zdarzyło uczniom Chrystusa, gdy spotkali niewidomego od urodzenia i zapytali: „Rabbi, kto zgrzeszył, że się urodził niewidomym – on czy jego rodzice?” (J 9,2). Pamiętamy odpowiedź Chrystusa: „Ani on nie zgrzeszył, ani rodzice jego, ale [stało się tak], aby się na nim objawiły sprawy Boże” (J 9,3).

Stajemy wobec olbrzymiego zagadnienia, które mój mistrz podczas ośmiodniowych rekolekcji określił jako społeczny aspekt grzechu. Tak o tym napisał w cytowanej już książce: „Jesteśmy przekonani, że cierpienie wkroczyło w świat jako wynik grzechu i że im więcej jest grzechu, tym więcej jest cierpienia. Jezus bywa dziś na nowo krzyżowany w swych braciach: ofiarach niesprawiedliwości, chorych, cierpiących na ciele lub na duchu. Podobnie jak mogę stanąć wobec Chrystusa ukrzyżowanego i powiedzieć: „To mój grzech do tego doprowadził”, tak mogę wypowiedzieć te same słowa wobec każdego cierpiącego człowieka. Z tego też powodu wyznajemy nasze grzechy nie tylko przed Bogiem, lecz również przed naszymi braćmi”.

Głęboko wstrząśnięty czytałem podczas swoich rekolekcji następującą współczesną przypowieść: Pewnego razu opowiedziano świątobliwemu hinduiście Swami Ramdasowi o tym, co powiedział pewien zachodni agnostyk: „Nie wierzę w Boga. Gdybym wierzył, szukałbym Go, by Go udusić za całe to cierpienie, które spowodował w świecie”. Ramdas odrzekł: „Gdybym spotkał tego człowieka, chwyciłbym jego ręce i położył mu na szyi mówiąc: Śmiało! Oto masz w ręku tego, który spowoduje cierpienie. Uduś, go!”.

Tak łatwo obarczamy innych za wszelkie zło w Kościele i w świecie. Czy nie uczciwiej byłoby powiedzieć, że korzeniem zła jest grzech, także mój grzech? Zapewne, gdybyśmy zdołali usunąć grzech, pozbylibyśmy się również cierpienia.

Właśnie do tego twierdzenia nawiązuje autor książki „Kontakt z Bogiem”, gdy pisze: „Jeś1i przyjmiemy tę prawdę, zrozumiemy, jak ważną rzeczą jest wykorzenienie grzechu w świecie. Poświęciliśmy się z całym entuzjazmem usuwaniu głodu, bezrobocia, różnych chorób, analfabetyzmu… Doskonale! Są to wszystko przedsięwzięcia wypływające ze współczucia. Domaga się od nas tego miłość chrześcijańska (…).  Osiągnęliśmy [jednak] niewiele, jeśli dotychczas nie przeciwstawiliśmy się problemowi egoizmu i grzechu”.

Po tych uwagach o związku cierpienia z grzechem w jego społecznym wymiarze wróćmy do pierwszego dzisiejszego czytania, do słów o cierpieniu chrześcijanina. Jeżeli ktoś cierpi „jako chrześcijanin, niech się nie wstydzi, ale niech wychwala Boga…” – radzi św. Piotr (1 P 4,16). A wcześniej pierwszy Papież daje taką zachętę: „Cieszcie się, im bardziej jesteście uczestnikami cierpień Chrystusowych, abyście się cieszyli i radowali przy objawieniu się Jego chwały” (1 P 4,13). Naszym ostatecznym celem, przeznaczeniem nie jest oczywiście cierpienie, ale udział w chwale Chrystusa.

„W krainie życia ujrzę dobroć Boga” – śpiewaliśmy dzisiaj odpowiedzi na pierwsze czytanie nawiązujące do sytuacji tuż po Wniebowstąpieniu. Ujrzę, ujrzymy Tego, który cierpiał, umarł i zmartwychwstał. Obiecał, że gdy wróci do Ojca, przygotuje nam mieszkanie, otrze wszelką łzę, ukoi wszelki ból. To będzie objawienie się Jego chwały – pośród radości bez końca.

Ludzie, którzy w to naprawdę wierzą, wierzą również, ze ich cierpienie, niekiedy straszliwe, jest uczestnictwem w cierpieniach Chrystusa. I potrafią, nawet wśród najboleśniejszych doświadczeń, przeżywać radość, jak Apostołowie, których wielokrotnie aresztowano, biczowano, zabraniano im przemawiać w imię Jezusa. „A oni – jak czytamy pod koniec piątego rozdziału Dziejów Apostolskich – odchodzili sprzed Sanhedrynu i cieszyli się, że stali się godni cierpieć dla imienia [Jezusa]. Nie przestawali też co dzień nauczać w świątyni i po domach i głosić Dobrą Nowinę o Jezusie Chrystusie” (Dz 5,41-42).

Podobnie szykanowano naszego Patrona, św. Andrzeja Bobolę, którego rocznicę śmierci obchodziliśmy w Jego Sanktuarium na Mokotowie 16 maja, w czwartek. A potem w piątek i w sobotę wędrowaliśmy w uroczystych procesjach z Jego relikwiami w prawo- i lewobrzeżnej Warszawie. On także, mimo ogromnego zagrożenia, nie przestawał głosić Dobrej Nowiny, służąc w ten sposób ludziom.

Od czterech lat jest patronem Metropolii Warszawskiej. Niezadługo zapewne będzie ogłoszony głównym Patronem Polski – obok świętego Wojciecha i św. Stanisława Biskupa. Do tego spodziewania nawiązuje książka pod proroczym tytułem Będę jej głównym patronem, z ilustracjami, licząca ponad trzysta stronic, którą zredagowałem wraz z dwojgiem moich bliskich współpracowników. Ukazała się ona przed rokiem i jest do nabycia w Księgarni przy Sanktuarium św. Andrzeja Boboli w Warszawie. Podobnie jak mniejsza książka mojego autorstwa, także z ilustracjami, zatytułowana: Znów o sobie przypomniał, z podtytułem: Św. Andrzej w Strachocinie.

Po tej dygresji 0 św. Andrzeju i książkach jemu poświęconych wracamy na chwilę do słów św. Piotra, a także do słów o modlitwie Chrystusa i Jego uczniów. Obyśmy umieli je przyjąć. Niech nam w tym pomoże kolejne wyznanie wiary.

 

19 maja 1996                                          o. Mirosław Paciuszkiewicz SJ