24 NIEDZIELA ZWYKŁA

Syr 27,30-28,7 * Rz 14,7-9 * Mt 18,21-35

Spróbujmy wspólnie odczytać orędzie, które otrzymujemy od Pana w dwudziestą czwartą niedzielę w ciągu roku. Zacznijmy od następujących słów z Księgi Syracha:

„Odpuść winę bliźniemu, a wówczas gdy błagać będziesz, zostaną ci odpuszczone grzechy. Gdy człowiek żywi złość przeciw drugiemu, jakże u Pana szukać będzie uzdrowienia? Nie ma on miłosierdzia nad człowiekiem do siebie podobnym, jakże błagać będzie o odpuszczenie swoich własnych grzechów” (Syr 28,2-4)?

Odpowiednik tych słów stanowi przypowieść o niemiłosiernym dłużniku. Król darował mu dziesięć tysięcy talentów. Talent był jednostką monetarną zawierającą ponad trzydzieści cztery kilogramy złota albo srebra. Pomnóżmy to przez dziesięć tysięcy, a otrzymamy niewyobrażalną wprost sumę. Wkrótce po tym zdarzeniu obdarowany sługa „spotkał jednego ze współsług, który mu był winien sto denarów” (Mt 18,28). Znowu wyjaśnienie: denar, złota lub srebrna moneta rzymska, W czasach Chrystusa stanowił przeciętne wynagrodzenie za dzień pracy. A więc w drugim przypadku wchodziła w grę mniej więcej wartość trzymiesięcznej pensji. Powtórzyła się prośba o cierpliwość i odroczenie terminu spłaty długu. Tym razem prośba nie odniosła skutku. Współsługa znalazł się w więzieniu. I oto reakcja króla: „Sługo niegodziwy! Darowałem ci cały ten dług, ponieważ mnie prosiłeś. Czyż więc i ty nie powinieneś był ulitować się nad swym współsługą, jak ja ulitowałem się nad tobą?” (Mt 18,32-33). „I uniesiony gniewem pan jego kazał wydać go katom, dopóki mu całego długu nie odda” (Mt 18-34).

Przypowieść Jezusa stanowi odpowiedź na pytanie Piotra: „Panie, ile razy mam przebaczać, jeśli mój brat wykroczy przeciwko mnie? Czy aż siedem razy”? Jezus odrzekł: „Nie  mówię ci, ze aż siedem razy, lecz az siedemdziesiąt siedem razy” (Mt 28,22). A więc praktycznie zawsze. Ale gdy to sobie uświadamiamy, stajemy wobec bardzo kłopotliwego pytania: Dlaczego jeszcze ten jeden raz król nie darował swojemu słudze? Dlaczego kazał go wydać katom?

Zdaje się, że takie myśli nasuwają się nam zwykle, gdy słyszymy tę przypowieść. Może nieraz je odsuwamy, by nie popełnić bluźnierstwa. Jak to? Tak właśnie ma nam uczynić Bóg, Ojciec Jezusa, jeżeli każdy z nas „nie przebaczy z serca swemu bratu” (Mt 28,35)?

Nie korzystam teraz z jakiegokolwiek komentarza. Sam próbuję odpowiedzieć na tę trudność. Król przebaczał po wielekroć. Dlaczego nie przebaczył jeszcze ten jeden raz? Może przebrała się jakaś miara – w tym przypadku miara okrucieństwa? Zauważmy, jak się zachował obdarowany sługa: chwycił współsługę i po prostu go dusił, mówiąc: „Oddaj coś winien” (Mt 18,28). Nie pomogło to, ze kolega upadł przed nim i prosił o cierpliwość. On go wtrącił do więzienia. Obszedł się z nim bezlitośnie. Dlatego król tym razem już nie przebaczył. Sprawiedliwości musiało się stać zadość. Sługa, któremu wiele darowano, nie spełnił najważniejszego polecenia. Przypomniano je dzisiaj w Śpiewie przed Ewangelią: „Daję wam przykazanie nowe, abyście się wzajemnie miłowali, jak Ja was umiłowałem” (J 13,34).

Jezus między innymi uczy nas takich słów modlitwy: „Przebacz nam nasze winy, jak i my przebaczamy tym, którzy przeciw nam zawinili” (Mt 6,12) i dodaje następujący komentarz: „Jeś1i bowiem przebaczycie ludziom ich przewinienia, i wam przebaczy Ojciec wasz niebieski. Lecz jeśli nie przebaczycie ludziom, i Ojciec wasz nie przebaczy Wam waszych przewinień” (Mt 6,12.14-15).

Dobrze to rozumieli moi znajomi, z którymi rozmawiałem w roku trzydziestopięciolecia ich małżeństwa. Opowiedzieli mi, jak to było w noc poślubną, gdy goście już odeszli i oni zostali sami. Uklękli wtedy i wspólnie odmówili modlitwę. Stało się to potem ich zwyczajem przez wszystkie lata i miało dla nich ogromne znaczenie. Podczas naszej rozmowy stwierdzili, że nie sposób było wstać z klęczek po modlitwie, podczas której mówiło się – „I odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy naszym winowajcom” – i gniewać się dalej.

Uparcie wraca jednak pytanie: dlaczego tym razem król nie przebaczył? I znowu pojawia się przypuszczenie, że pewnie sługa przekroczył niezwykle ważną granicę, chciałoby się powiedzieć: granicę tolerancji. Zajrzyjmy do Encyklopedii popularnej PWN z roku 1982. Znajdujemy tam następujące określenie: Tolerancja, rozumiana w sensie socjologicznym, oznacza „uznawanie prawa innych do posiadania poglądów, gustów itp. odmiennych od poglądów oceniającego; nie obejmuje jednak idei wstecznych, antyhumanitarnych czy wręcz zbrodniczych”. Takie granice ustalają ludzie. Granice ustalił również Bóg przed wiekami. I nie wolno ich przekraczać. Bóg między innymi zdecydowanie zakazał: Nie zabijaj. Inne stanowisko w tej sprawie zajęła większość naszych parlamentarzystów. I to jest ogromnie bolesne. Ale teraz będzie zdawać egzamin nasze ochrzczone w większości społeczeństwo, egzamin z wiary i wierności Bożemu przykazaniu. Matki, ojcowie, lekarze, pielęgniarki, dziennikarze i wszyscy ludzie, którzy będą na ten temat mówić, radzić i w ten sposób utrwalać opinię w niezwykle ważnej sprawie. Jak wypadnie ten egzamin?

Wróćmy jeszcze do tematu podjętego na początku homilii. Często stajemy wobec potrzeby przebaczenia w rodzinach, w sąsiedztwie, miejscach pracy, także w szkołach – i to na różnych szczeblach. W ostatnich dziewięciu latach niejednokrotnie miałem okazję obserwować zwłaszcza małżeństwa zagrożone, rozwiedzione i osoby pozostające w kolejnych związkach. Stałem się bowiem – nie planując tego wcześniej – duszpasterzem osób żyjących w związkach niesakramentalnych. Rozmawiałem z setkami, a może już tysiącami takich ludzi, sporo o nich i dla nich napisałem. Przed najbliższym Bożym Narodzeniem w „Apostolicum”, Wydawnictwie  Księży Pallotynów w Ząbkach, ukaże się książka Słabość i moc, niejako dalszy ciąg Tęsknoty i głodu. Właśnie w tej pierwszej, w Tęsknocie i gładzie znajdują się świadectwa niewiast, które przeżyły dramat separacji czy rozwodu, zostały porzucone przez mężów, nie poddały się jednak rozpaczy, utworzyły w Kanadzie wspólnotę, rodzaj instytutu świeckiego, poświęcając resztę swojego życia trosce o innych porzuconych, rozwiedzionych, a także w intencji kapłanów mających kłopoty z celibatem. Ludzie z tej wspólnoty stanęli oczywiście także wobec problemu przebaczenia. Przytoczę fragmenty dwóch świadectw na ten temat.

Najpierw Anieli: „Bracia i siostry zachęcili mnie do tego, żeby przebaczyć mężowi. Z ludzkiego punktu widzenia było to niemożliwe. Trzeba było, żeby Bóg dokonał we mnie tego przebaczenia. W miarę ukazywania tego braku przebaczenia w sakramencie pojednania, w miarę zbliżania się do Eucharystii oraz wspominania o tej ranie w chwilach wspólnej modlitwy, zdobywałam się na przebaczenie. Spotkałam się wtedy z mężem. Dyskutowaliśmy przez dwie godziny, a w końcu przebaczyliśmy sobie nawzajem. Po rozstaniu się z nim doznałam uczucia, że urosły mi skrzydła. Przebaczenie uwolniło mnie od przygniatającego ciężaru. Odnalazłam radość życia. Przemogłam się i zobaczyłam z osobą, która żyje z mym mężem od dnia chrztu mych wnuków i ślubu córki. Mogłam tę kobietę przyjąć jak siostrę. Uświadomiłam sobie własną grzeszność. Zdałam sobie sprawę, że byłam bardzo niesprawiedliwa wobec męża po jego odejściu: powiedziałam mu tyle głupstw! Cała miłość, jaką miałam do niego, zmieniła się jakby w nienawiść. W wyniku przebaczenia stwierdziłam, że powinnam okazać mu miłosierdzie i przyjąć jak zranionego brata” (s. 95-96).

A oto świadectwo Danieli: „Myślę również, że łaskę przebaczenia człowiek naprawdę przeżywa, gdy uznaje się za grzesznika. W przypadku osoby porzuconej istnieje niebezpieczeństwo, że oskarży drugą stronę i obarczy ją winą. Tymczasem błędy popełnia nie tylko jedna strona.

Łaską jest odkrycie własnych błędów, co pozwala łatwiej przebaczyć drugiej osobie.

Ważne jest również dostrzec rany drugiego człowieka. Często miałam okazję uświadomić sobie, że u podstaw wielu separacji i rozwodów leżą nigdy nie wyleczone rany wyniesione z dzieciństwa. Te rany mogą uniemożliwiać współżycie z drugą osobą. Kiedy człowiek odkrywa we współmałżonku raczej tę skazę niż grzech, łatwiej przebacza. Otóż wszyscy jesteśmy bardziej zranieni niż grzeszni” (s. 96-97).

Jezus z dzisiejszej Ewangelii wzywa nas zdecydowanie, żebyśmy z serca przebaczyli naszym zranionym braciom. Motywem takiego działania niech będą słowa z drugiego czytania: „Nikt z nas nie żyje dla siebie i nikt nie umiera dla siebie: jeżeli bowiem żyjemy, żyjemy dla Pana; jeżeli zaś umieramy, umieramy dla Pana. I w życiu więc i w śmierci należymy do Pana” (Rz 14,7-8). Jesteśmy jedną rodziną dzieci Bożych. Amen.

 

15 września 1996                                  o. Mirosław Paciuszkiewicz SJ